Nowa restauracja na Starym Mieście: co zapowiada właścicielka?

Kamienica, która przez lata stała pusta, znów żyje. Rozmawiamy o menu, cenach, dostawcach i o tym, czego nowe miejsce potrzebuje, żeby zaistnieć w mieście.

Nowe w mieścieRedakcja TOP10 LublinCzas czytania: 15 minutPrzykładowy wpis. Osoby, nazwy i dane są wymyślone.
Zdjęcie poglądowe. Przy prawdziwych wpisach pokazujemy zdjęcia lokalu od właściciela albo własne.

W jednej z uliczek Starego Miasta, w kamienicy, która przez prawie osiem lat czekała na nowego najemcę, otwiera się restauracja o nazwie Kamienica 14. Właścicielka, Marta Zielińska, zapowiada kuchnię opartą na lokalnych produktach, krótkie menu i ceny, które mają być zrozumiałe dla mieszkańców, a nie tylko dla turystów. Lokal ruszy w pierwszy piątek miesiąca, ale już teraz można zajrzeć do środka i zobaczyć, jak wyglądają wnętrza po generalnym remoncie. Rozmawialiśmy z właścicielką przez prawie dwie godziny, a po rozmowie obejrzeliśmy kuchnię, salę i ogródek na tyłach budynku. Poniżej zbieramy wszystko, co warto wiedzieć, zanim zarezerwujecie pierwszy stolik.

Skąd pomysł na restaurację w starej kamienicy

Marta Zielińska prowadziła wcześniej niewielką kawiarnię na obrzeżach miasta i, jak mówi, od dawna czuła, że to za mało. Przez kilkanaście lat pracowała w gastronomii: zaczynała na zmywaku, potem była kelnerką, szefową sali, a w końcu zarządzała dwoma lokalami należącymi do znajomego. Pomysł na własną restaurację dojrzewał długo i za każdym razem rozbijał się o ten sam problem, czyli o lokal. Szukała miejsca, które miałoby charakter, a jednocześnie nie wymagało czynszu przekraczającego możliwości młodej firmy.

Chciałam miejsca, do którego idzie się nie dlatego, że jest modne, tylko dlatego, że jest dobre. Takie, gdzie po trzeciej wizycie kelner pamięta, co zwykle zamawiasz.Marta Zielińska, właścicielka Kamienicy 14 (wypowiedź przykładowa)

Kamienicę znalazła przypadkiem, spacerując po mieście w wolny poniedziałek. W oknie parteru wisiała pożółkła kartka z numerem telefonu, a przez szybę widać było wysoki sufit ze sztukaterią i podłogę z oryginalnej, choć mocno zniszczonej cegły klinkierowej. Zadzwoniła jeszcze tego samego dnia. Rozmowy z właścicielem budynku trwały kilka miesięcy, bo obie strony musiały uzgodnić zakres remontu, który spadał na najemcę, oraz sposób rozliczenia nakładów.

Od kawiarni do restauracji

Przejście od niewielkiej kawiarni do pełnej restauracji to nie tylko większa sala i dłuższe menu. Zmienia się cała logistyka: dostawy, magazyn, grafik zespołu, liczba osób w kuchni i sposób liczenia kosztów. Właścicielka przyznaje, że pierwszy biznesplan wyszedł jej zbyt optymistyczny. Dopiero rozmowa z doświadczonym księgowym i kucharzem, który dziś jest szefem kuchni, pozwoliła urealnić założenia, szczególnie te dotyczące kosztu surowców i liczby gości w tygodniu.

Dlaczego Stare Miasto

Stare Miasto ma opinię miejsca dla turystów, ale Marta Zielińska widzi w nim coś innego. Według niej wciąż mieszka tu sporo osób, które chętnie wychodzą na obiad po pracy, a ruch w tygodniu bywa większy, niż się wydaje. Kamienica stoi trochę na uboczu głównego szlaku, więc nie liczy na przypadkowych przechodniów. Zakłada, że goście będą przychodzić z polecenia, z rezerwacji i dzięki opiniom publikowanym w sieci.

Historia kamienicy, która znów ma gości

Budynek powstał pod koniec dziewiętnastego wieku jako dom czynszowy z lokalem handlowym na parterze. Przez dziesięciolecia mieściły się tu kolejno sklep z tkaninami, zakład krawiecki, księgarnia i bar mleczny, który wielu starszych mieszkańców pamięta do dziś. Po transformacji parter na kilka lat zajmował salon z odzieżą, a potem lokal pustoszał, bo kolejni najemcy nie wytrzymywali kosztów utrzymania zabytkowego budynku.

Właścicielka zaczęła od rozmów z sąsiadami i z osobami, które pracowały tu dawniej. Dzięki nim udało się zdobyć kilka archiwalnych fotografii wnętrza, a jedna z nich, przedstawiająca ladę baru mlecznego z lat siedemdziesiątych, zawisła na ścianie w głównej sali. Marta Zielińska mówi, że nie chciała udawać, że historia zaczyna się od jej restauracji. Wolała pokazać, że to kolejny rozdział miejsca, które od wieku karmi mieszkańców.

Nazwa i identyfikacja

Nazwa lokalu nawiązuje do numeru budynku, a identyfikację wizualną przygotowała grafik z Lublina. Logo to prosty znak przypominający okno kamienicy, a karta dań jest drukowana na papierze z recyklingu. Właścicielka zrezygnowała z tablic reklamowych na elewacji, bo konserwator i tak by ich nie zatwierdził, a szyld w formie dyskretnego, mosiężnego napisu przy drzwiach wystarcza jej w zupełności.

Kamienica, remont i wnętrza

Remont trwał niemal osiem miesięcy i, jak przyznaje właścicielka, kosztował więcej, niż zakładano. Największym wyzwaniem okazały się instalacje. Budynek miał stare przewody elektryczne, a część rur wymagała całkowitej wymiany. Wentylacja kuchni, która w nowoczesnych lokalach jest standardem, tu trzeba było poprowadzić przez dwa piętra kamienicy, w uzgodnieniu z konserwatorem zabytków. Każda zmiana w elewacji i w układzie okien wymagała zgód, a każda zgoda oznaczała tygodnie oczekiwania.

Wnętrza zaprojektowano tak, żeby zachować to, co w kamienicy najcenniejsze. Zostały sztukaterie na suficie, odnowiono drewniane drzwi z oryginalnymi okuciami, a ceglaną podłogę wyczyszczono i zabezpieczono. Ściany pomalowano w ciepłych, stonowanych kolorach, a meble zamówiono u lokalnej stolarni. Stoły wykonano z litego dębu, krzesła są tapicerowane wełną, a lampy nad barem to ręcznie dmuchane szkło z pracowni pod Lublinem. Całość ma sprawiać wrażenie domu, w którym od lat gości się znajomych, a nie sceny zaprojektowanej pod zdjęcia w mediach społecznościowych.

Sala, bar i ogródek

Główna sala ma około czterdziestu miejsc. Jest tu też niewielki bar z sześcioma stołkami, przy którym można zjeść bez rezerwacji, i druga, mniejsza salka dla grup do dwunastu osób. Za budynkiem znajduje się ogródek z dziesięcioma stolikami, osłonięty murem i starym kasztanowcem. Właścicielka mówi, że to jej ulubione miejsce w całym lokalu i że już wiosną chce tam serwować śniadania w weekendy.

Dostępność dla gości

Wejście do lokalu znajduje się na poziomie chodnika, bez progu, a toaleta na parterze została przystosowana dla osób poruszających się na wózkach. Do małej salki prowadzą trzy schodki, ale grupy można usadzić też w sali głównej. W planach jest także menu w dużym druku i opis alergenów przy każdym daniu, dostępny dla gości bez konieczności pytania obsługi.

Menu ma być krótkie i zmieniać się wraz z porami roku. Na start przygotowano osiem przystawek i zup, dziesięć dań głównych oraz pięć deserów. Szef kuchni, Tomasz Wrona, wcześniej gotował w restauracji hotelowej, a potem prowadził własną kuchnię cateringową. Mówi, że krótka karta to nie ograniczenie, tylko gwarancja świeżości. Mniej pozycji oznacza mniej produktów w magazynie i mniejsze ryzyko, że ktoś dostanie talerz, który stał w lodówce dłużej, niż powinien.

Przystawki i zupy

Wśród przystawek pojawi się tatar z polędwicy wołowej z piklami z lokalnych warzyw, pasztet z dziczyzny z konfiturą z czerwonej cebuli oraz pieczone buraki z kozim serem i orzechami. Zupy zmieniają się co tydzień: na otwarcie będzie krem z dyni z oliwą ziołową i żurek na domowym zakwasie, podawany w chlebie. Ceny przystawek mają się mieścić między osiemnastoma a trzydziestoma pięcioma złotymi.

Dania główne

Trzon karty stanowią dania, które mają kojarzyć się z kuchnią domową, ale podaną w lepszej odsłonie. Kaczka konfitowana z gruszką i kaszą gryczaną, policzki wołowe gotowane osiem godzin w czerwonym winie, pstrąg z masłem szałwiowym i młodymi ziemniakami, a dla osób nie jedzących mięsa risotto z grzybami leśnymi i pierogi z soczewicą i suszonymi pomidorami. Każde danie ma wskazaną wagę porcji, bo Marta Zielińska nie lubi, gdy gość musi zgadywać, czy się naje.

Desery i napoje

Deser dnia przygotowuje cukierniczka współpracująca z lokalem na stałe. W karcie znajdzie się sernik na twarogu z lokalnej wytwórni, tarta z sezonowymi owocami oraz czekoladowy fondant z lodami waniliowymi. Do tego kawa z palarni z regionu i krótka lista win, wśród których przeważają butelki od małych, europejskich producentów. Jest też kilka rzemieślniczych piw i bezalkoholowe napoje domowej roboty, w tym lemoniady z ziołami z ogródka.

Zespół i kuchnia

W lokalu na stałe pracuje szesnaście osób, z czego sześć w kuchni. Wśród nich jest dwoje młodych kucharzy, którzy dopiero zdobywają doświadczenie, i dwoje starszych, którzy pracowali już w kilku znanych lublinianom restauracjach. Właścicielka podkreśla, że chciała mieszanki wieku i doświadczeń, bo w jej wyobrażeniu dobry zespół to taki, w którym młodsi uczą się od starszych, a starsi nie boją się nowych pomysłów.

W gastronomii największym problemem nie jest znalezienie produktów, tylko ludzi. Dlatego od początku zdecydowałam, że płacimy uczciwie i dajemy stabilne grafiki. Inaczej po pół roku zostaje się z pustą kuchnią.Marta Zielińska (wypowiedź przykładowa)

Zespół przeszedł trzytygodniowe szkolenie przed otwarciem. Składało się z części kulinarnej, ćwiczeń obsługi gości i warsztatów dotyczących alergenów. Dwa dni poświęcono na próbne obiady dla rodziny i znajomych. Jak mówi szef sali, ich głównym celem było sprawdzenie, czy kuchnia i sala potrafią obsłużyć jednocześnie czterdzieści osób bez chaosu i bez długiego oczekiwania na dania.

Kuchnia od zaplecza

Kuchnia mieści się w dawnej sieni i na zapleczu parteru, więc jest ciasna. Szef kuchni mówi, że to jej zaleta: wszystko jest pod ręką, a zespół naturalnie pracuje w rytmie. Zainwestowano w profesjonalny piec konwekcyjny, dużą chłodnię i dwie osobne strefy do obróbki mięsa i warzyw. Wszystkie powierzchnie robocze wykonano ze stali nierdzewnej, a podłoga ma odpowiednie nachylenie i odpływy.

Lokalni dostawcy

Jedną z deklaracji lokalu jest współpraca z producentami z regionu. Warzywa i zioła mają pochodzić z dwóch gospodarstw położonych kilkadziesiąt kilometrów od miasta, nabiał z niewielkiej serowarni, a pieczywo z piekarni rzemieślniczej, która dowozi je codziennie przed południem. Mięso kupowane jest od hodowców, z którymi szef kuchni współpracował już wcześniej, a ryby od dostawcy z gospodarstwa rybackiego na Pojezierzu Łęczyńsko Włodawskim.

Właścicielka jest świadoma, że deklaracja o lokalnych produktach bywa w gastronomii nadużywana. Dlatego na ścianie przy wejściu zawiesi tablicę z nazwami dostawców i miejscowości, z których pochodzą produkty. Dodaje, że jeśli jakiegoś składnika nie da się kupić w regionie, w karcie pojawi się o tym informacja. Zależy jej, żeby goście wiedzieli, co jedzą i skąd to pochodzi.

Co z kosztami

Lokalne produkty nie zawsze są tańsze od hurtowych. Szef kuchni przyznaje, że ceny surowców są wyższe średnio o kilkanaście procent, ale rekompensuje to jakość i mniejsze straty. Mniej produktów się psuje, a porcje można skalować bez obaw o smak. Właścicielka dodaje, że goście są skłonni zapłacić trochę więcej, jeśli wiedzą, za co płacą.

Sąsiedztwo i życie wokół lokalu

Nowa restauracja nie funkcjonuje w próżni. Po sąsiedzku działają mała galeria, antykwariat i dwie kawiarnie, a w pobliskich kamienicach mieszkają osoby, które codziennie mijają lokal w drodze do pracy. Właścicielka zaprosiła ich na dzień otwarty przed premierą, żeby zobaczyli wnętrza i spróbowali kilku dań. Przyszło około czterdziestu osób, a wśród nich właściciel antykwariatu, który zaproponował, żeby część książek o historii miasta wystawić w głównej sali jako małą biblioteczkę dla gości.

Marta Zielińska zdaje sobie sprawę, że hałas i zapachy z kuchni mogą przeszkadzać mieszkańcom, dlatego wentylację zaprojektowano tak, by wyrzut powietrza następował wysoko nad dachem. Muzyka w ogródku będzie wyłączana o dwudziestej drugiej, a goście palący papierosy są proszeni o korzystanie z wyznaczonego miejsca przy bocznym wejściu. Do sąsiadów trafiła też wizytówka z bezpośrednim numerem telefonu do kierownika sali, gdyby jakikolwiek problem wymagał szybkiej reakcji.

Miejsce dla lokalnej społeczności

Właścicielka chce, żeby lokal był czymś więcej niż restauracją. W planach są spotkania klubu książki, wieczory z lokalnymi muzykami i wystawy prac artystów z regionu. Pierwsza ekspozycja, złożona z fotografii dawnego Lublina, ma zawisnąć na ścianach już w pierwszym miesiącu. Dochód ze sprzedaży części prac zostanie przekazany na renowację pobliskiego zabytkowego podwórka.

Jak będzie wyglądał dzień w restauracji

Pracę w kuchni zaczyna się o ósmej rano od odbioru dostaw i kontroli jakości produktów. Szef kuchni osobiście sprawdza warzywa, mięso i ryby, a to, co nie spełnia jego wymagań, wraca do dostawcy. Do jedenastej trwa przygotowanie półproduktów: bulionów, sosów, marynat i ciast. O dwunastej otwiera się lokal i przez cztery godziny obowiązuje menu lunchowe, a potem zespół przechodzi na kartę wieczorną.

Najtrudniejszy moment dnia to według właścicielki godzina między osiemnastą a dwudziestą pierwszą. Wtedy na salę wchodzi najwięcej gości, a kuchnia pracuje na pełnych obrotach. Zespół wypracował system komunikacji, w którym szef sali na bieżąco informuje kuchnię o tym, ile stolików czeka na dania, a kuchnia mówi, ile czasu zajmie przygotowanie kolejnych zamówień. Dzięki temu gość nie czeka dłużej, niż to konieczne, a kucharze nie pracują pod presją chaosu.

Zamknięcie i dzień po

Po zamknięciu lokalu zespół sprząta kuchnię i salę, a szef kuchni przygotowuje listę zamówień na następny dzień. Poniedziałek, kiedy lokal jest nieczynny, służy na większe porządki, szkolenia i próby nowych dań. Właścicielka podkreśla, że jeden dzień przerwy w tygodniu jest dla zespołu równie ważny jak dla gości otwarcie w weekend.

Ceny i dla kogo jest Kamienica 14

Średni rachunek za obiad składający się z zupy i dania głównego ma wynieść od sześćdziesięciu do osiemdziesięciu złotych na osobę, bez napojów. Wieczorem, przy trzech daniach i lampce wina, można liczyć na sto do stu dwudziestu złotych. Właścicielka zdaje sobie sprawę, że to nie jest cena lunchu barowego, ale zaznacza, że lokal ma być miejscem na dłuższe spotkanie, a nie szybką przekąskę.

W tygodniu, od wtorku do piątku, w godzinach od dwunastej do szesnastej, dostępne będzie menu lunchowe w stałej cenie. Składa się z zupy i dania głównego, a jego cena ma wynosić czterdzieści pięć złotych. Dla właścicielki to element strategii: chce, żeby mieszkańcy i pracownicy pobliskich biur mieli powód, by zajrzeć do lokalu także w środku tygodnia, a nie tylko w weekend.

Rezerwacje i grupy

W weekendy zalecana jest rezerwacja telefoniczna lub przez formularz na stronie lokalu, bo większość stolików zostanie przypisana do konkretnych godzin. W tygodniu można wejść bez rezerwacji, choć w godzinach szczytu właściciele proszą o kontakt wcześniej. Mała salka może zostać zarezerwowana na urodziny, rocznice i spotkania firmowe. Właścicielka mówi, że dla grup przygotowuje osobne, krótkie menu degustacyjne.

Dzieci, zwierzęta i diety

Lokal przyjmuje rodziny z dziećmi i oferuje krzesełka oraz małe porcje wybranych dań. Psy są mile widziane w ogródku. W karcie oznaczono dania wegetariańskie, wegańskie i bezglutenowe, a szef kuchni deklaruje, że na prośbę gości potrafi przygotować także wersje bez laktozy czy orzechów. Jeśli ktoś ma ciężką alergię, prosi się o kontakt z lokalem przed wizytą.

Plany na pierwszy rok i wątpliwości

Pierwsze trzy miesiące mają być okresem nauki. Właścicielka zakłada, że część dań z karty zostanie zmieniona, bo goście zawsze weryfikują założenia kucharza. Będzie też obserwować, jakie godziny cieszą się największym zainteresowaniem, i jeśli trzeba, dostosuje godziny otwarcia. W planach są weekendowe śniadania w ogródku, comiesięczne kolacje z winem, podczas których szef kuchni przygotuje czterodaniowe menu degustacyjne, oraz warsztaty kulinarne dla niewielkich grup.

Nie brakuje jednak obaw. Wzrost cen energii, rosnące koszty pracy i niepewny ruch w mieście to czynniki, które mogą zachwiać nawet dobrze zaplanowanym biznesem. Marta Zielińska mówi otwarcie, że pierwszy rok jest najtrudniejszy i że nie liczy na zysk przed upływem dwunastu miesięcy. Zabezpieczyła się rezerwą finansową na pół roku działalności, a rachunki skrupulatnie kontroluje co tydzień.

Wiem, że jedna zła opinia potrafi zaboleć, ale wolę usłyszeć krytykę, niż żeby goście wychodzili z niedosytem i nic nie mówili. Na każdą uwagę odpowiadamy i wyciągamy wnioski.Marta Zielińska (wypowiedź przykładowa)

Co mogą zrobić goście

Najprostszym sposobem wsparcia nowego lokalu jest odwiedzenie go i podzielenie się szczerą opinią. Opinie w Google i na Facebooku pomagają innym wybrać miejsce, a lokalowi dają informację zwrotną. Warto pisać konkretnie: co smakowało, jak wyglądała obsługa, czy ceny odpowiadały jakości. Takie opinie są użyteczne zarówno dla przyszłych gości, jak i dla zespołu, który stara się poprawiać swoje błędy.

Najważniejsze informacje praktyczne

  • Otwarcie: w pierwszy piątek miesiąca, od godziny szesnastej.
  • Godziny: wtorek do piątku od 12:00 do 22:00, sobota od 13:00 do 23:00, niedziela od 13:00 do 20:00, poniedziałek nieczynne.
  • Lokalizacja: Stare Miasto, kamienica z wejściem od strony bocznej uliczki. Dokładny adres opublikujemy po otwarciu.
  • Parking: najbliższe płatne miejsca postojowe znajdują się w odległości kilku minut spacerem, a do centrum dojeżdża kilka linii komunikacji miejskiej.
  • Rezerwacje: telefonicznie i przez formularz na stronie lokalu.
  • Płatności: gotówka, karta i płatności zbliżeniowe, bez dodatkowej opłaty serwisowej.

Informacje o godzinach i cenach pochodzą od właścicielki i mogą zmienić się po pierwszych tygodniach pracy lokalu. Jeśli odwiedzicie Kamienicę 14, a któryś szczegół okaże się nieaktualny, dajcie nam znać przez formularz kontaktowy, a my zaktualizujemy wpis.

Czy nowa restauracja trafi do rankingu TOP10

Skoro rozmawiamy o nowym lokalu, warto wyjaśnić, jak wygląda jego droga do rankingu najlepszych restauracji w mieście. Krótka odpowiedź brzmi: nie od razu. Ranking TOP10 opiera się na opiniach klientów z Google i Facebooka, a do wiarygodnego wyniku potrzeba odpowiedniej liczby opinii zebranych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Nowy lokal zaczyna więc w statusie obserwowanej firmy i dopóki nie zbierze wystarczającej liczby ocen, nie jest brany pod uwagę w dziesiątce.

Do rankingu nie da się zgłosić ani kupić miejsca. Nie ma też odwołań od wyniku. O tym, które firmy znajdą się w dziesiątce, decyduje wyłącznie metodologia, której wzory są publiczne. Właścicielka Kamienicy 14 mówi, że to akurat jej odpowiada, bo woli, żeby o jej restauracji decydowali goście, a nie jury czy płatna kampania.

Co liczy się najbardziej

Najwięcej punktów, aż pięćdziesiąt na sto, daje jakość ocen, czyli średnia skorygowana o liczbę opinii. Kolejne piętnaście punktów zależy od liczby opinii, a dziesięć od ich aktualności. Wynik zależy też od stabilności ocen, trendu, regularności opinii i głosów mieszkańców, które mają niewielką wagę. W praktyce oznacza to, że nowy lokal najlepiej buduje swoją pozycję, dbając o każdego gościa i zbierając opinie przez cały rok, a nie hurtem w pierwszym miesiącu.

Jeśli interesuje Was, jak wygląda obecnie lista najlepszych restauracji w mieście, zajrzyjcie do rankingu restauracji. Pełną punktację i sposób liczenia opisujemy na stronie metodologii.

Podsumowanie

Kamienica 14 to ciekawy dodatek do lokalnej sceny gastronomicznej: nowa restauracja z charakterem, krótką kartą i ambicją, by mieszkańcy traktowali ją jako stałe miejsce, a nie jednorazową atrakcję. Wiele zależy od tego, czy uda się utrzymać jakość w pierwszych miesiącach, a to w gastronomii najtrudniejszy czas. Za kilka tygodni wrócimy do lokalu, żeby sprawdzić, jak wygląda kuchnia w codziennej pracy, i zapytać właścicielkę, co jej zdaniem okazało się największym zaskoczeniem.

To przykładowy wpis, który pokazuje, jak będą wyglądały artykuły w serwisie. Opisane osoby, miejsca i wypowiedzi są wymyślone. Prawdziwe wpisy powstają ze źródeł jawnych, a fakty i cytaty zatwierdza redaktor.

Czytaj dalej

Inne wpisy z miasta